MiW pisze:Patrzono na mnie jak na dziwaka. Po dwóch tygodniach lekcji organizacyjnych, przygnębiony wizją 4 lat w betonie wśród nauczycieli minionej epoki (właściwie nie wiedząc jeszcze nawet jak wygląda nauka) zrobiłem coś głupiego:
No nie wiem czy zrobiłeś źle, czy nie - przepisując się do innej szkoły. Wiedz, że tak naprawdę to czy będziesz kimś zależy wyłącznie od ciebie (w pewnych okolicznościach to trudne, ale…), wykształcenie jest ważne, ale należy zachować zdrowy dystans do tego, co się robi poza szkołą i do tego, co uczą w szkole (czasami trzeb coś tylko przeskoczyć), a przede wszystkim nie należy oceniać ludzi po wyglądzie, uposażeniu czy średniej ocen, bo można się zdrowo przejechać.
A teraz opowiem wam, jak stałem się męską szowinistyczną świnią.
Ja jak niejeden z was też rozbierałem w młodości zabawki (oprócz lalek, bo te rozbierałem z ubranek

). Pociąg do elektroniki to tak naprawdę czułem już chyba od najmłodszych lat, zawsze mnie swędziały łapki jak moja Mama (

zgadza się dobrze widzicie) wymieniała zużyte lampy w starym lampowym NEPTUN-ie (zawsze się psuł przed dobranocką

), ale to jeszcze nie był silny zew.
W szkole szło mi średnie raz lepiej raz gorzej w 8 klasie przyszedł wybór szkoły ponad podstawowej (tak naprawdę brak wyboru i niewiedza w temacie: co chcę dalej robić?). Ponieważ świadectwo to ja raczej miałem, jakie miałem mimo zachęty ze strony nauczycieli abym poszedł do Technikum, nie czułem się na siłach wybrałem ZSZ (Zawodówkę) z pewnych względów też nie był to profil elektroniczny ani nawet elektryczny (prawie wszyscy w najbliższej linii w rodzinie Elektromonterzy – to już trochę lekka przesada

) tylko Mechanik precyzyjny (ale za to w połowie żeńska

). W szkole podstawowej była też fascynacja informatyką (sławny C-64 w domu, a szkole XT-ki i jeden AT).
Tak naprawdę zaczęło się w 1-szej klasie ZSZ na warsztatach szkolnych, które powoli przeniosły się też na stół w moim pokoju, najpierw proste rzeczy elektryczne zepsute żelazko, suszarka, wiertarka odkurzacz, mikser itp. aż w końcu na początku 2-giej klasy padło na elektronikę w starej Fonice (co prawda tylko bezpiecznik). Pamiętam tylko słowa mojej Mamy, od której przejąłem tą pałeczkę, na moje pierwsze pytanie a co będzie, jak to zepsuję bardziej? – skończ się bać! Nic, jak coś się popsuło to bardziej się zepsuć już nie da. No i połknąłem bakcyla

. C-64 technologicznie powoli odchodził w zapomnienie, a że troszkę zrujnował mi wzrok postanowiłem myśl o nowym komputerze odłożyć (

z resztą, po co facetowi z pilnikiem-iglaczkiem to piekielne liczydło

) ale, w to miejsce zacząłem dniami i nocami studiować książki czasopisma (PE, EdW, Re) i wszystko, co łączyło się z elektroniką i dziedzinami pokrewnymi. Części z wylotu lub kupowane za niewielkie kieszonkowe i narzędzia, częściowo scheda po nieżyjącym ojcu i majsterkującej (z przymusu) matce, płytki drukowane wykonywane mazaczkiem a projektowane na papieże milimetrowym (niektóre nawet dość zaawansowane). W szkole koleżanki i koledzy z zdziwieniem pytali się:

co mi to daje, czy nie lepiej iść na dyskę? (

a co wam daje podpalanie papierochów za szkołą?). Hmmm, mnie po prostu początkowo pociągała chęć zrobienia czegoś własnymi rękami, naprawianie różnych urządzeń elektronicznych, tudzież elektrycznych w między czasie z powodów deficytu i zapotrzebowania na dobre AUDIO powoli myślałem o wyprodukowaniu czegoś takiego samemu i tak powoli też przygotowywałem sobie grunt laboratoryjny.
Ponieważ, w szkołach Zawodowych w moich czasach (1996 -1999) w gruncie rzeczy uczono niezbędnych teoretycznych podstaw do wykonywania zawodu i kładziono większy nacisk na praktykę niż w technikach to miałem trochę czasu dla siebie (nauka nie przysparzała mi problemów). Może nie mówiono o nich chlubnie (szczególnie o moim OXFORD-zie

), ale nie żałuję, nadmiar wolnego czasu pozwolił mi rozwijać połkniętego bakcyla. Po zawodówce bez wahania złożyłem papiery do technikum wieczorowego (na podbudowie ZSZ) w którym też był czas na hobby, koledzy znosili mi przeróżne rzeczy do napraw: wierze, radiomagnetofony, radioodbiorniki samochodowe, nawet 2 VHS-y były i oczywiście temat numer 1 tamtych czasów – przestrajanie UKF-u (RM121, RM221, RMS475, TOSCA303, Śnieżka R207, AT9100, Radmor 5102, Sherion SH-300L, Thompsonic TS-620… ) no i jakieś własne konstrukcję lub klony-xero z czasopism przeważnie pomagające w powyższym ale i też niecałkowity pierwowzór zestawów głośnikowych ALTUS75. Wolny czas, który był wynikiem mniejszego rygoru w szkole, ale nie całkowitej sielanki (nauczyciele swojego wymagali) pozwolił na głębszą refleksję, co do dalszej drogi zawodowej – postanowiłem iść na Politechnikę. Obecnie kończę powoli elektrotechnikę (Elektronika i Telekomuna – mało punktów, ale i tak mnie to nie wadzi już, byle być swobodnym elektronem

), na której przez pierwszy rok, dwa lata lutownicę należy zamienić na różniczkę a cynę na całkę (nie umniejszając zasług tych czcigodnych panien – troszeczku matematyki i fizycznych podstaw przyda się). Odsiew czy rekrutacja, jaką się w ten sposób prowadzi, czasem może doprowadzić do zgubnych rzeczy, ale co na to poradzimy – trzeba to przeskoczyć, i mieć dystans, bo inaczej grozi nam wariatkowo. Teraz powoli zaczynam znowu normalnieć (mam nadzieje) i może pozamykam to, co zostało wcześniej nie zamknąłem i zacznę powoli wtapiać się w mikrokontrolery (dotychczas bardziej analogowo i energoelektronicznie

)
Przez ten cały okres począwszy od ZSZ, Technikum i studia nagromadziło się zapasów części, książek, czasopism, coś do mózgu wlatywało, coś wylatywało czasami jednak zadawałem sobie pytanie, czy nie można było tak od razu? (wykształcenie: średnie w lat 6 zamiast 4-ech, zawód: Mechanik precyzyjny zamiast elektronika czy też elektryka). Może i można było, ale kto wie czy ci „nauczyciele z minionej epoki” wówczas nie zabiliby we mnie ostatnich pierwiastków pędu do własnej wiedzy, a tak przynajmniej miałem więcej czasu do dojrzewania do swojej decyzji, zmusiło mnie to do dobrowolnego pójścia na studia, a kto wie może wybrałbym łatwiejsze życie, które niewiadomo jak długo by trwało.
Ponadto znajomość innych zagadnień niż tylko tych wynikających z posiadanego tytułu (mechanicznych w moim przypadku), szczególnie od praktycznej strony w elektrotechnice może być tylko dodatkowym atutem (chodzi min. np. o zatrudnienie w przyszłości). Powiedzmy sobie szczerze, po co komu robotnik, technik czy inżynier (może być mechanik, stolarz, piekarz, elektryk), który jest suchym teoretykiem myślącym, że jego przyszły zawód polegać będzie na liczeniu zadań ze zbioru zadań (to się liczy po coś, po to żeby np. utrwalić sobie podstawowy wzór i nauczyć trochę rozumowania, ale na razie na kartce papieru, by potem nie wyważać otwartych drzwi). Do elektroniki i nie tylko tego trzeba mieć pociąg, co ciągnie jak taśmociąg i nic tylko trwać i stawiać kolejne kroki. Moim zdaniem wybieranie kierunku w szkole czy to średniej czy wyższej na podstawie słów: idę na elektronika, bo to lepszy zawód (niektórzy nawet tam nawet nie doszli), nazywam czystym nonsensem – zawód jak każdy inny.
W ogólnym bilansie nic nie straciłem, najwyżej wyszedłem na zero, ale nim byłem już wcześniej.
Słuchajcie koledzy może nazwiecie to schizą, ale lubie telewizor
Brrrrrr. Dobra, koniec już tych herezji… A tylko, dlatego ona taka długa i z filozoficznym zakończeniem, bo niektórzy się podłamują widzę.