Kierunki w szkołach i na uczelniach
Witam
czytam waszą dyskusje i brakuje mi jednej rzeczy - kwstii uprawnień do projektowania.
Ja skończyłem technikum elektryczne w Białymstoku 4 lata temu i moje odczucia o poziomie nauki sa podobne do waszych - jednym słowem lepiej wybrać LO, nie tracić 5 lat w technikum, a swoje hobby rozwijać we własnym zakresie. Jeżeli już ktoś zdecyduje się wybrać studia na wydziale elektrycznym (nie ważne jaki kierunek) to powinien zainteresować się chyba najważniejszą kwestią - uprawnieniami.
Obecnie studiuję na 4 roku Inżynierii Środowiska (jakoś tak wyszło) i okazało się, że za rok wyląduję z nic nie wartym tytułem mgr inż. Dopiero teraz zaczęto nam mówić, że trzeba 5 lat praktyki w zawodzie, żeby zostać dopuszczonym do egzaminu na uprawnienia budowlane ( akurat w moim przypadku będzie to projektowanie instalacji c.o.,wod-kan, HVAC, ewentualnie uprawnienia kierownika budowy). Potem trzeba zdać ten egzamin. Praktykę można zaczynać robić po ukończeniu 3 roku studiów. Pobiera się specjalny zeszyt w Urzędzie Miasta i tam wpisywane są wszystkie praktyki. Jak się tego nazbiera 5lat, to wtedy jest egzamin. I dopiero wtedy możemy powiedzieć, że jesteśmy projektantami. Nie wiem jak to jest na wydziale elektrycznym, ale wg mnie to jest najważniejsze. Wiadomo że do projektowania np. instalacji elektrycznych potrzebne są uprawnienia (nie mówię tu o uprawnieniach elektryka, to inna sprawa, ale warto je sobie zrobić). Nie liczą się dobre oceny w indeksie, stypendium. Już na I roku trzeba się rozglądać za miejscem gdzie można zbierac te praktyki (jak jest okazja to korzystać!), a pod koniec 3 roku zacząć składac podania do firm o umozliwienie odbycia praktyki. Wiem, że znalezienie miejsca do odbywania praktyki nie jest łatwe, ale gra jest warta świeczki. W końcu nie po to uczyliśmy się 5+5lat żeby mieć nic nie warty tytuł.
Pozdrawiam
Zapraszam na https://elportal.pl/dom
czytam waszą dyskusje i brakuje mi jednej rzeczy - kwstii uprawnień do projektowania.
Ja skończyłem technikum elektryczne w Białymstoku 4 lata temu i moje odczucia o poziomie nauki sa podobne do waszych - jednym słowem lepiej wybrać LO, nie tracić 5 lat w technikum, a swoje hobby rozwijać we własnym zakresie. Jeżeli już ktoś zdecyduje się wybrać studia na wydziale elektrycznym (nie ważne jaki kierunek) to powinien zainteresować się chyba najważniejszą kwestią - uprawnieniami.
Obecnie studiuję na 4 roku Inżynierii Środowiska (jakoś tak wyszło) i okazało się, że za rok wyląduję z nic nie wartym tytułem mgr inż. Dopiero teraz zaczęto nam mówić, że trzeba 5 lat praktyki w zawodzie, żeby zostać dopuszczonym do egzaminu na uprawnienia budowlane ( akurat w moim przypadku będzie to projektowanie instalacji c.o.,wod-kan, HVAC, ewentualnie uprawnienia kierownika budowy). Potem trzeba zdać ten egzamin. Praktykę można zaczynać robić po ukończeniu 3 roku studiów. Pobiera się specjalny zeszyt w Urzędzie Miasta i tam wpisywane są wszystkie praktyki. Jak się tego nazbiera 5lat, to wtedy jest egzamin. I dopiero wtedy możemy powiedzieć, że jesteśmy projektantami. Nie wiem jak to jest na wydziale elektrycznym, ale wg mnie to jest najważniejsze. Wiadomo że do projektowania np. instalacji elektrycznych potrzebne są uprawnienia (nie mówię tu o uprawnieniach elektryka, to inna sprawa, ale warto je sobie zrobić). Nie liczą się dobre oceny w indeksie, stypendium. Już na I roku trzeba się rozglądać za miejscem gdzie można zbierac te praktyki (jak jest okazja to korzystać!), a pod koniec 3 roku zacząć składac podania do firm o umozliwienie odbycia praktyki. Wiem, że znalezienie miejsca do odbywania praktyki nie jest łatwe, ale gra jest warta świeczki. W końcu nie po to uczyliśmy się 5+5lat żeby mieć nic nie warty tytuł.
Pozdrawiam
Zapraszam na https://elportal.pl/dom
No tak, opisujesz swoją szkołe, ale tak jest w KAŻDEJ szkole wiec napewno nikt nie zgadnie gdzie studiujesz bo każda szkoła spełnia te warunki które opisałeś...radzio pisze:Wątpie czy to będzie użyteczne... Z każdym rokiem jest coraz gorzej... co chwila zmieniają programy... zmniejszają liczbę godzin przedmiotów zawodowych a zwiększają idiotyczną historię, ekologię, geografię... ... zaś inny nauczyciel tkwi w zamierzchłych latach 70-tych a już całkiem dobrze jak w 80-tych... ...A w szkole to tylko patrzą jak Cię zgnoić i zabić w Tobie zamiłowanie do elektroniki... oj... trochę to się w wylewanie żalów zamieniło, kończę, wstydu oszczędze![]()
pozdrawiam, radzio
Moje pytanie jednak polega na tym, DLACZEGO jest taki system jaki jest. Dlaczego tak wiele niepotrzebnego materiału musimy sie uczyć? dlaczego po studiach elektronicznych może wyjść elektronik co nie wie co to jest lutownica?? Przecież system powinien być taki że ten kto nie umie elektroniki to nie powinien skończyć takich studiów, bo to bardzo źle świadczy nie o studencie tylko o studiach , które produkują ludzi z nieprzydatną wiedzą.
Moze mi ktoś racjonalnie wytłumaczyć dlaczego wkońcu nikt sie gruntownie nie weźmie za to bagno które jest w szkołach??
Pozdrawiam
Nie trzeba się cofać. Mamy nowy rząd. P. Kazimierz MArcinkiewicz chyba dostrzega absurd w polskich szkolnictwie i już zrobił mały kroszek. Chciał wydłużyć wakacje o 2 tyg, jednak mógł tylko o 1 tyg. ... z powodu protestów.radzio pisze:Należałoby się cofnąć do roku 1998 i zapobiec wprowadzeniu przez rząd 3 z 4 wprowadzonych reform. Tylko reforma podziału administracyjnego jako tako się udała. Pozostałe z edukacją na czele są totalnymi porażkami.
No tak nauczyciele przecież nie zgodzą sie aby wywalić 90% zbędnego materiału bo by musieli być pozwalniani.
Podobne poglądy do naszych posiada(z tego co wiem) Korwin Mikke. Jednak ma znikome popracie, dlaczego?? a to dlatego że ludzie w polsce nie myślą praktycznie i logicznie. Tylko teoretycznie bo tego ich nauczyła polska szkoła.
Pozdrawiam
Nie do końca wiesz co mówisz, nauczyciele bardzo chętnie wywalą zbędny materiał (np. Fourier w technikum) jak tylko da się im szansę, można nawet usunąć cały miesiąć roku szkolnego z jednym drobnym szczegółem - wymagania maturalne i na egzamin zawodowy pozostaną, taki drobiazg. Prawda jest taka że tydzień w tą czy tą nie gra roli, jako nauczyciel i tak będę prawdopodobnie pracował przy egzaminach zawodowych do połowy lipca, ot taki drobiazg.
-
Arnold_S.
:-)
Macie rację.
System leży.
Chodziłem do znanego we Wrocławiu technikum("EZN" - kiedyś to było technikum przyzakładowe ELWRO - to takie zakłady produkujące komputery w latach 80-tych).
Co do programu nauczania, to oczywiście dały się we znaki debilne przedmioty typu PO, Geografia, czy Ochrona Środowiska, Chemia, i inne bzdety humanistyczne.
Oczywiście potrzebne, ale nie w takim wymiarze...
Przedmioty zawodowe były prowadzone przez odpowiednie osoby(tylko czasem upierdliwe).
Z matematyki i fizyki poziom był właściwy(Pani od matmy to była prawdziwa "baba z jajami").
Co ciekawe, większość uczniów zupełnie nie interesowała się elektroniką...
Na 31 osób 2-3 majsterkowały coś w domu(w tym ja). Oczywiście wszyscy dostali ładne Dyplomy Technika(nawet jak nie znali Prawa Ohma).
Teraz siedzę na Polibudzie i sytuacja jest identyczna...tylko kilka osób na około 100(na początku było 250) wie cokolwiek o elektrotechnice(na kierunku: Elektrotechnika !), o rozumieniu jej nie wspomnę. Jestem jedynym, który coś "grzebie w kabelkach" i dla którego jest to po prostu hobby.
Moim zdaniem o przyjęciu do szkoły technicznej(średniej jak i wyższej) powinna decydować rozmowa kwalifikacyjna(taki mały wywiad). Należałoby sprawdzić, czy dany delikwent szczerze interesuje się dziedziną, w której zamierza się kształcić.
Założę się, że połowa dzieciaków idąca do technikum elektronicznego/elektrycznego, odpadła by na pytaniu: Jaki mamy prąd w gniazdku(stały czy przemienny)?
System leży.
Chodziłem do znanego we Wrocławiu technikum("EZN" - kiedyś to było technikum przyzakładowe ELWRO - to takie zakłady produkujące komputery w latach 80-tych).
Co do programu nauczania, to oczywiście dały się we znaki debilne przedmioty typu PO, Geografia, czy Ochrona Środowiska, Chemia, i inne bzdety humanistyczne.
Oczywiście potrzebne, ale nie w takim wymiarze...
Przedmioty zawodowe były prowadzone przez odpowiednie osoby(tylko czasem upierdliwe).
Z matematyki i fizyki poziom był właściwy(Pani od matmy to była prawdziwa "baba z jajami").
Co ciekawe, większość uczniów zupełnie nie interesowała się elektroniką...
Teraz siedzę na Polibudzie i sytuacja jest identyczna...tylko kilka osób na około 100(na początku było 250) wie cokolwiek o elektrotechnice(na kierunku: Elektrotechnika !), o rozumieniu jej nie wspomnę. Jestem jedynym, który coś "grzebie w kabelkach" i dla którego jest to po prostu hobby.
Moim zdaniem o przyjęciu do szkoły technicznej(średniej jak i wyższej) powinna decydować rozmowa kwalifikacyjna(taki mały wywiad). Należałoby sprawdzić, czy dany delikwent szczerze interesuje się dziedziną, w której zamierza się kształcić.
Założę się, że połowa dzieciaków idąca do technikum elektronicznego/elektrycznego, odpadła by na pytaniu: Jaki mamy prąd w gniazdku(stały czy przemienny)?
Może to jest i nienormalne ale nie ma właściwie takiej prawnej możliwości aby przeprowadzić rozmowę, a czasami faktycznie dużo by to dało. Ale nie zgodzę sie do końca, trafiają się osoby, które zaczynają naukę jako zupełnie "zielone" i na etapie np. 2 klasy nagle zapalają się do elektroniki i łapią się za układy czy wzmacniacze audio. To jest dopiero ubaw i radocha 
-
Arnold_S.
System leży i kwiczy.
Nie macie racji...
Takie totalne podstawy jak przytoczony prąd przemienny/stały powinny być znane(chociaż ze słyszenia!) osobie, która rzekomo interesuje się elektroniką(i dlatego idzie do takiego technikum).
Nie chodzi mi o robienie egzaminu, tylko właśnie luźną i przyjazną rozmowę, aby stwierdzić, czy delikwent się tym interesuje, czy idzie do technikum, "bo mamusia kazała", albo dlatego, że kolesie z gimnazjum też tam poszli, a on ma "dwie lewe ręce", i nie umie nawet wymienić baterii w pilocie od TV.
Kiedyś(w roku 1989) rodzice chcieli mnie zapisać do szkoły muzycznej(podstawówki).
Tak im się ubzdurało.
I co się stało...?
Była właśnie taka mini "rozmowa kwalifikacyjna". Miła Pani poprosiła abym coś zagrał na pianinie(chociażby "wlazł kotek na płotek"), coś zaśpiewał, wypytała czy mamy w domu jakieś instrumenty, czy lubię słuchać muzyki, itp ogólne pytanka.
Nie przeszedłem tego pozytywnie. Po prostu Pani słusznie wyczuła, że muzyk ze mnie nie będzie, i że nie trafiłem na tę rozmowę z własnej woli i nie przejawiam dostatecznego zainteresowania muzyką.
Nie mam do nikogo żalu, ani też nie stała mi się żadna krzywda z powodu "oblania" rozmowy.
To samo powinno być w innych szkołach. W technikach i na studiach tym bardziej.
- Masz w domu lutownicę?
- Wymieniałeś w życiu żarówkę?
Jak ktoś nie będzie wiedział co to lutownica, to przepraszam bardzo...jak on się na tej rozmowie znalazł, i czego on tu szuka?
P.S.
Podstawy typu Prawo Ohma, są już(przynajmniej kiedyś były) w podstawówce...
Delikwent idący do technikum powinien to sobie po prostu przypomnieć.
Czy to by było "straszliwe i krzywdzące" wymaganie gdyby do pytania o lutownicę dołożyć takie coś?
Nie!
Takie totalne podstawy jak przytoczony prąd przemienny/stały powinny być znane(chociaż ze słyszenia!) osobie, która rzekomo interesuje się elektroniką(i dlatego idzie do takiego technikum).
Nie chodzi mi o robienie egzaminu, tylko właśnie luźną i przyjazną rozmowę, aby stwierdzić, czy delikwent się tym interesuje, czy idzie do technikum, "bo mamusia kazała", albo dlatego, że kolesie z gimnazjum też tam poszli, a on ma "dwie lewe ręce", i nie umie nawet wymienić baterii w pilocie od TV.
Kiedyś(w roku 1989) rodzice chcieli mnie zapisać do szkoły muzycznej(podstawówki).
Tak im się ubzdurało.
I co się stało...?
Była właśnie taka mini "rozmowa kwalifikacyjna". Miła Pani poprosiła abym coś zagrał na pianinie(chociażby "wlazł kotek na płotek"), coś zaśpiewał, wypytała czy mamy w domu jakieś instrumenty, czy lubię słuchać muzyki, itp ogólne pytanka.
Nie przeszedłem tego pozytywnie. Po prostu Pani słusznie wyczuła, że muzyk ze mnie nie będzie, i że nie trafiłem na tę rozmowę z własnej woli i nie przejawiam dostatecznego zainteresowania muzyką.
Nie mam do nikogo żalu, ani też nie stała mi się żadna krzywda z powodu "oblania" rozmowy.
To samo powinno być w innych szkołach. W technikach i na studiach tym bardziej.
- Masz w domu lutownicę?
- Wymieniałeś w życiu żarówkę?
Jak ktoś nie będzie wiedział co to lutownica, to przepraszam bardzo...jak on się na tej rozmowie znalazł, i czego on tu szuka?
P.S.
Podstawy typu Prawo Ohma, są już(przynajmniej kiedyś były) w podstawówce...
Delikwent idący do technikum powinien to sobie po prostu przypomnieć.
Czy to by było "straszliwe i krzywdzące" wymaganie gdyby do pytania o lutownicę dołożyć takie coś?
Nie!
-
Arnold_S.