U mnie było tak. w szkole podstawowej, jako młody i początkujący lutowałem starą, ale dobrą lutownicą oporową. Dostałem stary telewizor na "na części". Dziś wiem, że takie części rzadko się do czegośprzydają, chyba, że jest się wielbicielem urządzeń retro. Wtedy to kopalnia złota, ale wróćmy do tematu. Luty twarde były i potrzeba było trochę kalafonii do każdego. Lutowałem w małym pomieszczeniu przez trzy dni po kilka godzin.
Efekt...
Dwa dni później złapała mnie "grypa" jakaś. Tak mi się wtedy wydawało. Objawy to złe samopoczucie, temperatura, ogólne osłabienie (nie mogłem stanąć na nogach), brak apetytu, wysoka potliwość (to akurat dobre, bo ułatwia wydalanie toksyn z organizmu). leżałem tydzień. Dzień po podniesieniu się z łóżka był szkolny wyjazd w góry. Wszystko wyglądało ok, ale... w połowie drogi na giewont osłabienie powróciło. Poty, osłabienie, pragnienie. Dosłownie czołgałem się za grupą. Opiekun nie pozwolił mi wejść na sam szczyt. Zatrzymał mnie przed nim i kazał czekać. Po zejściu z góry i wypiciu napoju wszystko się ustabilizowało. Po powrocie z wycieczki i testach kondycyjnych okazało się, że wszystko jest dobrze. Po pewnym czasie okazało się, że to nie była grypa, a efekt pracy z lutownicą, starymi lutami i kalafonią.
Dlatego ostrzegam, by lutować z rozsądkiem. Bezpieczeństwo i zdrowie jest najważniejsze.
Zdrowia życzę